czy katolik może być bogaty

Bo katolik być biedny wcale nie musi

Są takie zdania, których się nie kwestionuje. Jak to, że carbonara ma być bez śmietany, politycy śmieją nam się bezczelnie w twarz, a NFZ nie powinien leczyć, tylko sam leczenia potrzebuje. 

No i jest też takie, że katolik to pieniędzy mieć nie może. Nie wspomnę o księdzu. Ten to powinien być spłukany jak mysz kościelna. Do tego trzymać ascezę, zamknąć się w klasztorze (broń Boże, bez żadnych zdobyczy elektronicznych współczesnego człowieka) i non stop modlić się, zawierzając losy świata Najwyższemu. Do kina nie wychodzić. Kawy z ekspresu nie pić. W Starbucksie też jej nie kupować. Tylko najtańsza parzucha z Biedronki. Najlepiej bez mleka.

Cóż ten biedny katolik zawinił, że jego los ma być rachityczny? Że mięso to tylko od wielkiego dzwonu… A jak kupuje auto, to zawsze używane, bo z salonu to się nie godzi… Przecież powinien być nędzarzem. Żyć na skraju ubóstwa. Astenicznie i po cichu.

Może ubóstwo ma być naszą pierwotną postawą, bo… 

  1. Sam Jezus powiedział, aby nie troszczyć się o dobra materialne. 
  2. Wielcy święci porzucili bogactwo i wybrali żebraczy styl życia, więc warto ich naśladować.
  3. Chcąc być blisko Boga, trzeba być “u-Bogim”.
  4. Papieże ostatnio żyją skromnie, to i może zwykły szarak tak żyć powinien.

Co tam dobra materialne, kiedy dookoła tyle dóbr niematerialnych

Jak dobrze wiesz, kilka razy w Biblii (nie tylko w Ewangelii) padają gorzkie słowa o bogactwie. O dobrach materialnych. O mamonie. O zachłyśnięciem się życiem doczesnym.

Nie mam zamiaru dokonywać kunsztownej analizy wszystkich tych fragmentów, bo takie boksowanie się z wersami zostawiam na specjalne okazje, np. wykłady na żywo lub mocno wieczorne dyskusje ze znajomymi zakrapiane wodą w karafce ze świeżo zebraną miętą i dopiero co skrojoną cytryną. 

Natomiast gdybyśmy zebrali wszystkie wypowiedzi Jezusa na ten temat, wrzucili je do wielkiej maszyny, która miałaby wyciągnąć samą esencję, to otrzymalibyśmy coś w tym stylu:

Jezus nauczał, że dobra materialne nie mogą być celem życia ani panować nad człowiekiem. Wskazywał na duchową zgubę nadmiernego bogactwa, pochwalał dobrowolne ubóstwo i solidarność z potrzebującymi, a także akcentował wyższość wartości wiecznych nad doczesnymi.

I z tym nie mam zamiaru polemizować. Przytakuję jak uczeń liceum z ostatniej ławki, który nie chcąc być wziętym do odpowiedzi, zamyśla się niczym grecki posąg patrząc w dziury drewnianej ławki, będące owocem pracy gromadki spuszczeli. 

Weźmy te najpopularniejsze cytaty, które zapewne chodzą Ci po głowie.

Łk 16,13: Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.

Mamona w tym przypadku oznacza bogactwo, choć możliwości interpretacyjnych mamy tu znacznie więcej. Ale przejdźmy do sedna. Czy to wyklucza pomnażanie majątku? Zarabianie pieniędzy? Odkładanie oszczędności w rozkosznej śwince Piggy? Pewnie, że nie. Wyraźnie jest napisane, aby nie służyć mamonie. Zatem ważniejsze jest samo podejście do pieniędzy, niż sam fakt ich posiadania.

Mt 19,23-26: Jezus zaś powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego, 24 Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego». 25 Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: «Któż więc może się zbawić?» 26 Jezus spojrzał na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe».

Z trudnością nie oznacza, że wcale nie wejdzie. Poza tym ostatnie zdanie w tym cytacie daje dopiero do myślenia. Ale nie uciekajmy do tak prostych wytłumaczeń. Tu warto poznać też szerszy kontekst ówczesnego bogactwa. Ciężko pewnie będzie nam sobie to wyobrazić, natomiast bogactwo kiedyś było nieco czymś innym od bogactwa dzisiaj. Pamiętajmy, w jakich czasach Jezus wygłaszał te słowa. Przed swoją śmiercią i zmartwychwstaniem, przed odkupieniem. Tamci ludzie nie wiedzieli, co się kroi. Potrzebowali nieco innego komunikatu. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że w tamtych czasach różnice między bogatymi a biednymi były gargantuiczne. Dzisiaj to się mocno zatarło. Jasne, jedni płaczą w starym Fiacie, a inni w Porsche. Różnica między jednym a drugim pojazdem, to jakieś sześć zer, ale oba auta spełniają swój cel – jadą z punktu A do B. W tamtych czasach posiadanie środka transportu, było zarezerwowane dla nielicznych. Podobnie jak jedzenie. Biedota jadła chrupiącą mace, a klasa wysoka – zajadała się najlepszymi mięsami, egzotycznymi owocami czy pierwszymi przetworami. Bogactwo wtedy a dziś miało inny kontekst.

Łk 6,20: Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.

To chyba jeden z najczęściej zestawianych cytatów w tego typu dyskusjach. Ale znowu trzeba znać kontekst. Mowa tu o Kazaniu na Górze i ośmiu błogosławieństwach. Kto był wówczas słuchaczem tego kazania? Setki, jak nie tysiące ludzi. Biednych, prostych, takich zwykłych. Nie jakieś salonowe szychy, tylko rybacy, cieśle… To tacy ludzie chodzili głównie za Jezusem, dlatego tak się do nich zwrócił. Ubodzy, biedni, uciśnieni. Tacy, którzy mają pod górę tu, na Ziemi. Tam, w Niebie, mogą mieć lepiej. Mogą wstąpić do Królestwa Bożego. Rozsiąść się przy stole i wcinać tłuste mięsa, popijając jednocześnie najlepszymi winami (daj Bóg, wytrawnymi). Ale czy bycie ubogim jest warunkiem sine qua non? Pofilozofujmy. Gdyby tak było, to przecież wszyscy ubodzy by weszli do Królestwa Bożego. A przecież z nauczania katolickiego doskonale wiemy, że to nie wystarczy. Jasne, ubóstwo może pomóc. Ale czy ubogi rabuś-sknerus, który ucieka przed alimentami, zaniedbuje rodzinę i dopuszcza się społecznych obrzydliwości ma większe szanse na zbawienie, niż sumienny przedsiębiorca, który płaci uczciwie pracownikom, regularnie chodzi do kościoła i jest w stanie łaski uświęcającej? Nie mi oceniać – wiem, ale sądzę, że niekoniecznie. 

W tym całym sporze chodzi o common sense. Nie można zadurzyć się w cyferkach w banku. Bo pieniądze tak naprawdę nie mają żadnej wartości w sobie. One dopiero mogą dać nam wartość w postaci większej wolności emocjonalnej czy ekonomicznej. Mogą pomóc, gdy pilnie trzeba zrobić operację, która nie jest refundowana na NFZ. Mogą być niezbędne, gdy chcemy kupić nowsze (a co za tym idzie – droższe) auto, aby dbać o bezpieczeństwo rodziny. Ale same w sobie nie znaczą nic.

Rzucam wszystko i zostaję św. Franciszkiem

Znam paru “wskakiwaczy”. To osoby, które pod wpływem fascynacji (najczęściej krótkotrwałej) wskakują w buty drugiej osoby. Najczęściej za cel obierają sobie piosenkarzy, postaci filmowe czy influencerów. 

Rozumiem ich. Sam kiedyś wskakiwaczem byłem. W gimnazjum zachłysnąłem się Kurtem Cobainem. Do tego stopnia, że nie za często myłem długie do ramion włosy, aby mieć lekko przetłuszczone jak Kurt na niepowtarzalnym koncercie (albumie) MTV Unplugged in New York. Lake of Fire z charakterystyczną chrypą będę pamiętał chyba po wsze czasy.

W życiu każdego człowieka powinien, prędzej czy później, nadejść etap, w którym już nigdy nie wskoczą w buty drugiej osoby, tylko odłożą na półkę. Jasne – nadal mogą się inspirować. Mogą podpatrzeć ubiór, fryzurę czy charakterystyczny gest. Ale nie powinny odwzorowywać drugiej osoby na siłę. 

W tych kategoriach postrzegam również katolickich wskakiwaczy. Czytają biografie świętych, a potem starają się odwzorować ich styl życia. Im data śmierci owego świętego bardziej oddalona od dzisiejszych czasów, tym życie wskakiwacza zdaje się być śmieszniejsze, przynajmniej gdy to obserwuję z boku. 

Warto podkreślić, że nie mam nic do biografii, choć sam rzadko po nie sięgam. No i po wtóre – nie jestem cynikiem-obserwatorem, który nabija się ze znajomych, inspirujących się św. Franciszkiem z Asyżu, choć… z popcornem czekam na wskakiwacza w stylu św. Aleksego. 

Ale już na serio. Tak, znamy historię wielkich świętych, którzy porzucili bogactwo i wybrali żebraczy styl życia. Tak, warto ich naśladować, ale nie ślepo papugować. A to różnica. Czasy są inne. Nie żyjemy w XIII-wiecznej Umbrii. A Ty nie jesteś rycerzem, który bierze udział w bitwie pod Collestrada. 

Poza tym mamy różne drogi świętości. Ubóstwo jest jedną z nich. Ale pewnie kojarzysz głośnego bohatera ostatnich lat – Karola Acutisa. Czy biczował się w pokoju i wyrzekał się wszystkich dóbr materialnych? Raczej nie. Poza tym jest określony mianem patrona internetu, czyli wielkiej zdobyczy ludzkości, dzięki której możesz czytać ten felieton. Czy wyrzekał się przyjemności? Tak. Relacje świadków mówią, że często rezygnował ze słodkości, które przecież Włosi tak bardzo kochają. Ale nie oznaczało to spania pod schodami, czy zawiśnięcia w klatce na jednej z mediolańskich latarni.

Jesteś już “u-Boga”? Poznasz to po stanie portfela

Może ciężko w to uwierzyć, ale kilkanaście lat temu byłem na szkoleniu jednego z najbardziej rozpoznawalnych coachów w Polsce, który ni stąd, ni zowąd dokonał fascynującej dekompozycji słowa “ubogi”. To była ostatnia rzecz, której bym się po nim spodziewał. Nie to, że zarzucam mu brak wiary czy jakiegoś rodzaju buńczuczność, ale szkolenie dotyczyło zupełnie innych tematów, a nie językowej polemiki. 

To wtedy poznałem jedno z pochodzeń słowa “ubóstwo”. W tym słowie zawiera się Bóg. Jest niejako trzonem. Co to oznacza? Jedna z interpretacji wskazuje na to, że osoba, która jest uboga jest bliżej Boga. No inaczej nie chce być. Taki mamy język. 

Jak pewnie słusznie widzisz, to jest jedna z interpretacji, którą wtedy łyknąłem jak pelikan. Jest też druga, która odwraca kota ogonem. Mówi o tym, że słowo “ubogi” pochodzi od prasłowiańskiego rdzenia bog- (oznaczającego bogactwo, los lub szczęście). Gdy dodamy przedrostek u-, to wyjdzie nam odwrotność, czyli stan pozbawienia bogactwa. A to robi już spore zamieszanie, bo pokazuje, że taka osoba jest pozbawiona tego, co najcenniejsze.

Interpretować możemy do rana, co nie zmienia faktu, że gdyby ten argument był kredką, to z pewnością do najostrzejszych by się nie zaliczał. 

Papież to powinien być taki do rany przyłóż, a nie że salony, wystawy i Cherry Coke Zero

Jestem tą osobą, która kolekcjonuje doświadczenia filmowe. Oglądam jakieś dzieło, potem je przetwarzam, często prowadząc ze sobą lub czasem z żoną dialog o tym, co się właśnie wydarzyło na ekranie, a następnie wystawiam ocenę w serwisie Filmweb. 

Wiem, że to nie jest zbyt koherentne, ponieważ ocena filmu częściej zależy od nastroju, w jakim go oglądamy niż od samego dzieła, ale… to jakaś forma zabawy, którą sobie upatrzyłem kilka dobrych lat temu. 

Jednak w tej całej zabawie przeszkadza mi jedna z cech, którą po latach zaakceptowałem, ale wciąż uparcie z nią walczę – potrzeba domknięcia poznawczego. Lubię mieć kontrolę. Dlatego lubię wracać do rzeczy, które już znam, podobnie jak Pan Wodecki. To z kolei sprawia, że jestem w stanie oglądać jeden film niezliczoną ilość razy. 

Ot, w ten sposób “Django” Tarantino widziałem, lekko licząc, ponad 100 razy. “Pulp Fiction” z 50. A “Nienawistną ósemkę” chyba z 40. Zanim pomyślisz, że szkoda życia na powtórne przetwarzanie tego samego obrazu, weź pod uwagę, że wideo jest dla mnie formą naczelną przyswajania treści. Jako niedoszły reżyser zwracam uwagę na detale, analizuję sceny. A i zapamiętuję całkiem sporo tekstów, które często przydają się podczas small-talków kuluarowych, których szczerze nie cierpię i wolę mieć gotowe teksty “do odegrania”. 

Filmy powtórnie ogląda się łatwo i stosunkowo szybko. 90-120 minut i gotowe (choć Tarantino czasem lubi odlecieć z długością taśmy). Więcej zabawy jest z serialami, bo te często się ciągną godzinami. Moja topka to zdecydowanie “Młody papież” Sorrentino oraz sequel – “Nowy papież”. 

Nie zliczę, ile razy widziałem to od pierwszego do ostatniego odcinka. Z pewnością popadłem tym wielokrotnym seansem w grzech lenistwa. Ale do brzegu! Pontyfikat tam ukazany wzbudził we mnie… Trudno nawet powiedzieć co. Na początku strach. Potem ten strach ewoluował w ciekawość. Pojawiała się też po drodze duma, zaskoczenie, radość, a także podziw. 

I tak, wiem, że to fikcja. Wiele sytuacji było przerysowanych. To w końcu Sorrentino, więc czego innego się spodziewać?! 

Ale pontyfikat pełen dostojności dla urzędu papieża, połączony z amerykańską pewnością siebie i wyraźnym oddzieleniem się od profanum, zrobił na mnie wrażenie.

Nie twierdzę, że chciałbym to przenieść dzisiaj do Watykanu. Watykańska agencja PR-owa w takim scenariuszu nie miałaby czasu na sjestę. To niedopuszczalne… Mannaggia!

Natomiast analizując kilkadziesiąt pontyfikatów, tęskno mi do papieży, którzy byli twardzi w zasadach. Do takich, którzy nie bali się głośno powiedzieć non possumus. Którzy nie silili się na to, aby być dobrze odbierani przez media. Którzy korzystali z przymiotów papieskich, a nie je odrzucali po to, aby zachować “łączność ze zwykłymi wiernymi”.

Być może czasy wymuszają takie, a nie inne zachowania na szczycie. W końcu papież dziś pełni nie tylko rolę Ojca Świętego, ale także głowy państwa, polityka, negocjatora, a i biznesmena.

Chociażby z tego powodu nie kupuję narracji o celowym ubóstwie. O mieszkaniu w skromnym mieszkanku, a nie w apartamentach papieskich. O poruszaniu się starym modelem samochodu, a nie wyczesaną limuzyną. To papież! Powinny mu towarzyszyć najbardziej godne zaszczyty. Najdroższe zastawy. To w końcu namiestnik Chrystusa, a nie pan Kaziu spod Żabki (pozdrawiam serdecznie!).

I nie piszę tego po to, aby się usprawiedliwiać, czy mieć argument pod tezę. Ale totalnie nie kupuję narracji: “Papieże ostatnio żyją skromnie, to i może zwykły szarak tak żyć powinien”. Papież Franciszek żył skromnie, ale nie musiał. To nie przekłada się na naszą skromność, choć co poniektórym z pewnością by nie zaszkodziła (autoironia).

To kiedy jest się biednym?

Kiedy myślisz o bogactwie wyłącznie w kategoriach zer na koncie. 

Autor artykułu

Picture of Adrian Rajczakowski

Adrian Rajczakowski

Założyciel i spiritus movens AD PETRAM. Psycholog, coach, trener podnoszenia osobistej efektywności zgodnie z wewnętrznymi wartościami. Uważnie przygląda się psychologicznym trendom i nie goni ślepo za metodami, o których jest głośno. Analizuje. Dopytuje. Poddaje w wątpliwość. Patrzy na rozwój przez filtr, który dla wielu jest niewygodny, ale jednocześnie najbardziej stabilny. Chrześcijański. Wierzy, że można łączyć to, co działa, z tym, co ma sens.
Udostępnij artykuł

Poznaj „Biblijne sekrety osiągania sukcesu”

Większość ludzi nie przegrywa dlatego, że są leniwi. Przegrywają dlatego, że działają bez systemu. W tej publikacji znajdziesz Protokół Siedmiu Przełomów – model oparty na psychologii i mądrości biblijnej, który pozwala przejść: od chaosu do działania, od impulsów do decyzji, od przypadkowości do struktury. 

Więcej artykułów